Zwolnij! Szkoda życia…

Ilość i częstotliwość wypadków samochodowych nie powoduje w nas już większego zaskoczenia.

Codziennie media „trąbią” o coraz to nowych katastrofach na drodze. Przewracają się cysterny pełne środków chemicznych. Zatrzymuje się setki, ba, tysiące kierowców będących pod wpływem alkoholu. Organizuje się coraz więcej drogówek, tak bardzo znienawidzonych przez kierowców. Wszystko po to, aby oszczędzić chociażby jedno życie. Czy jednak wsiadając za kierownicę zastanawiasz się, co Cię może spotkać po drodze? Czy wychodząc do szkoły myślisz o tym, że być może ostatni raz przemierzasz tę drogę? Jestem pewna, że 80% z Was powiedziałoby „nie”. Do pewnego czasu również nie zwracałam uwagi na to, co dzieje się dookoła.

Historia, którą chcę Wam przedstawić miała miejsce ponad miesiąc temu. Mam nadzieję, że dla wielu stanie się przestrogą. Mam tez nadzieję, że pozwoli Wam ona docenić wartość, jaką jest życie.

29. listopada 2004 roku Marcin, 9-letni chłopiec, zamieszkały wraz z rodzicami i dwiema starszymi siostrami w średniej wielkości miasteczku, wychodził przed 8:00 do szkoły. W drodze towarzyszyła mu jedna z sióstr -Karolina. Była od niego tylko o rok starsza. Wychodząc z podwórka oboje zaczęli wesoło śpiewać. Wtedy jeszcze nikt nie spodziewał się, że to ostatnia droga do szkoły chłopca.

O godzinie 13:00 miałam jeszcze zajęcia. Nagle zadzwonił telefon. Tata był w stanie wypowiedzieć tylko 3 słowa: Marcin miał wypadek. Dziesięć minut później byłam z Ojcem w drodze do szpitala oddalonego o 30 km od mojego miasta. Był to szpital specjalistyczny. Przez drogę nie rozmawiałam z Tatą. Przed oczami przesuwały mi się jedynie wydarzenia sprzed 11 lat. Również wypadek, także mój brat. Kuba miał wówczas 3,5 roku, kiedy to zginął pod kołami TIRa. Do tej pory ciężko mi było się pozbierać po tej tragedii. Teraz, w całkiem nieoczekiwanym momencie nadeszła następna. Teraz, kiedy byłam już całkowicie pewna, że wszystko może być tylko lepiej.

Dojechaliśmy. Lekarz-ordynator, bardzo zresztą uprzejmy, zaprosił nas do swojego gabinetu. Stan Marcina był bardzo ciężki. Nie miał żadnych obrażeń zewnętrznych, żadnych złamań. Stało się jednak coś wiele gorszego. Został uszkodzony pień mózgu dziecka. Nawiasem mówiąc jedna z gorszych rzeczy, jaka mogła mieć miejsce. Jego serduszko biło, starał się także sam oddychać, jednak niepokojąca była długa śpiączka i obrzęk na mózgu, który nieznacznie się powiększał. Wypadek miał miejsce w poniedziałek. Do czwartku Marcin został w owym szpitalu. Lekarze rozkładali ręce. Kazali szukać pomocy wszędzie, gdzie to możliwe. Marcin znalazł się w Warszawie, w jednym z lepszych szpitali. Dostał tam genialną opiekę. Jednak jego stan się nie poprawiał, wręcz przeciwnie. Dzień w dzień, noc w noc była przy nim Mama. Staraliśmy się wyręczać ją we wszystkim. Trudno mi wyobrazić sobie, co wtedy przeżywała. Stan Marcina powoli zaczął się stabilizować, jednak nie budził się ze śpiączki. Lekarze po specjalistycznej analizie wszystkich badań, głównie tomograficznych stwierdzili, że stan chłopca jest krytyczny. Do soboty, 11. grudnia rodzice mieli się zdecydować, czy w razie większego pogorszenia się stanu pacjenta, zgadzają się na pobranie organów. Rodzicom trudno było podjąć decyzję. W sobotę pojechali na wizytę. Po powrocie ich wieści nie były dobre. Marcin po długiej walce ze złośliwym obrzękiem mózgu, odszedł. To był cios dla wszystkich. 14. grudnia odbył się Jego pogrzeb. Nigdy nie widziałam piękniejszego.

Człowiek, który potracił Marcina wracającego ze szkoły, ani razu nie zapytał o stan jego zdrowia. Nie miał widocznie żadnych wyrzutów sumienia. Sprawa toczy się w sądzie, jednak na jej zakończenie musimy jeszcze trochę poczekać.

Czy kiedykolwiek wsiadając do samochodu myślałeś o tym, że możesz pozbawić kogoś życia? Czy jesteś na tyle odpowiedzialny, aby sterować własnym i cudzym życiem po wypiciu kilku głębszych? Czy kiedykolwiek próbowałeś się wczuć w rolę rodzica czekającego na wyniki operacji powypadkowej swojego dziecka?

Nie umiesz odpowiedzieć na te pytania? Prowadzenie samochodu niesie za sobą duże konsekwencje. “Prawko” to nie wszystko. Jeśli myślisz, że papierek jest upoważnieniem o decydowaniu o swoim i cudzym życiu, to głęboko się mylisz. Prowadząc powinieneś być odpowiedzialny za siebie i innych. Pomyśl, zanim usiądziesz za kierownicą pod wpływem procentów, złości lub też innych emocji. Pomyśl, czy warto.